sobota, 8 lutego 2014

Dzień #1

- Halo?
- No hej… przyjdziesz dzisiaj do mnie?
- No jasne, tylko spytam się mamy, czy mogę.
To była Emily. Właśnie są ferie, więc mamy czas się spotykać. Wczoraj przyszła do mnie, i wyszłyśmy na dwór z psem. Było całkiem przyjemnie, ale potem Emily musiała iść, i w ogóle. Dzisiaj nadrobimy straty.
- No, już jestem. Mama się zgodziła, mogę do Ciebie przyjść!
- Spoko... to o której będziesz?
- 12:30 pasuje?
- Jak zwykle, Mil :*
I na tym nasza rozmowa się skończyła. Była godzina 12, a byłam nie ubrana, rozczochrana i cała ogólnie nie ogarnięta. Lecz mój szybki refleks pozwolił mi spokojnie się ubrać i umyć, i zanim się obejrzałam, Emily właśnie dzwoniła domofonem. Wpuściłam ją, przekręciłam klucz i Emily weszła do środka. Oczywiście pierwszy zdążył powitać ją Sparkles.
- Hej Sparkie! Co tam..? Też za Tobą tęskniłam! - i w tym momencie postanowiłam wyjść zza drzwi - O, hej Char. Nie zauważyłam Cię.
- Taa... wiem. Stałam przecież za drzwiami. A teraz wybacz, pójdę się jeszcze uczesać.
- Dobra, a my ze Sparkusiem posiedzimy i pogadamy.
Rzecz jasna można się domyśleć, że Emily mówiła, jaki mój piesek jest słodki, i w ogóle. A ja stałam w ciemnej łazience z otworzonymi drzwiami na oścież.
- Emily, to co dzisiaj robimy? Idziemy zwiedzać ten tajemniczy kanał przy garażach?
- Ale ze Sparkusiem, co nie..? - Zaśmiałam się, ponieważ wydało mi się to strasznie śmiesznie, ale Emily mówiła chyba na poważnie, więc jej przytaknęłam, żeby dała mi święty spokój.
- To ja się teraz ubiorę, a Ty załóż szelki Sparklesowi. - Wzięłam kurtkę, zasłaniając się przy tym z pola widzenia Emily. Po chwili namysłu, dodałam - Tylko najpierw odstaw go na ziemię.
- Nie puszczę go! - W tym momencie ręce opadły mi wzdłuż tułowia, a ja patrzyłam nędznie na Mil i mojego psa. Ona na serio go polubiła. - Dobra, koniec tego dobrego. Choć Sparkie, założę Ci szelki...
- Nie!!! - Krzyknęła oburzona Emily. - Nie puszczę go! A jeżeli mamy z nim iść, i on ma być w szelkach, to ja mu je założę!
Na to niestety nic nie odpowiedziałam, nie umiałam po prostu. Patrzyłam się jak ta głupia na Emily i psa, i się jeszcze głupiej śmiałam.
- Gdzie masz szelki i smycz? - Usłyszałam głos Mil i spojrzałam na nią badawczo. Zaczęła mi grzebać po wszystkich szafkach w przedpokoju. Kiwnęłam głową w kierunku górnej lewej szuflady. Emily rozsunęła delikatnie szufladkę, i szybko wygrzebała smycz i szelki.
- Ok, teraz to trzeba jakoś Ci założyć to coś, piesku...
- Ekhem, Mil, może lepiej ja to zrobię..? Albo przynajmniej Ci pokażę...
- Nie! Ja sama to zrobię! - Po raz kolejny krzyknęła, dając mi zrozumieć, że sama jest w stanie założyć psu szelki.
Patrzyłam na nią, co robi. Na każdy jej ruch. Na początek położyła szelki na podłogę, złapała Sparklesa i wzięła jego lewą łapkę. On wyrwał się z jej lekkiego uścisku i zajęczał. I tak przez około 20 minut Emily próbowała włożyć psu szelki. Ja robiłam to inaczej...
- Mil, daj, ja to zro... - Nie pozwoliła mi dokończyć. Pies miał na sobie szelki, założone tył na przód. Nie chciałam jednak denerwować przyjaciółki, więc zachichotałam i powoli przytaknęłam.
- Dobra, chyba jesteśmy gotowi! - Krzyknęła uradowana Mil.
- Ok, do Ty weź psa, a ja zamknę za nami drzwi. - Emily powiedziała, że zgadza się na ten układ. Po zamknięciu drzwi i wyjściu na świeże powietrze poszłyśmy w drugą stronę, bynajmniej inną, niż Emily miała zamiar iść.
- Charlie, gdzie my idziemy? Garaże są przecież w tamtą stronę! - Wskazała dłonią w śmietniki, a za nimi drzewa, szpital i nasze kochane garaże.
- No tak, ale muszę jeszcze wyrzucić chleb...
- Ale tam są śmietniki! Chodź!
- Ale tu jest jeden mniejszy, i bliżej! - I za nim Mil zdążyła coś z siebie wydusić, chleb znajdował się w zielonym pojemniku. - Dobra, Twoje marzenia zostaną spełnione. Idziemy do kanału.
W około 20 minut doszłyśmy do tego "tajemniczego kanału". Podczas drogi kłóciłyśmy się, bo Emily nie chciała puścić psa na ziemię, a przecież mały spacerek przydałby mu się.
- Dobra, jesteśmy... to ten... co chcesz teraz tam wejść? Przecież to jest zamarznięta rzeka! A jak się pod Tobą zapadnie? Spadniesz do jakiegoś tajemniczego kanału, czy co... - Byłam pełna obaw, że coś się nam stanie... nigdy nie chodziłam po jakiejś rzece, która była zamarznięta i przysypana ogromną ilością śniegu.
- Charlie, nie panikuj... Nic nam się nie stanie! Zresztą... chodź! Mogę iść przodem, jeżeli to Cię tak bardzo uszczęśliwi...
- Okey... co mi szkodzi... żyje się tylko raz... ale Ty idziesz pierwsza! - Ona nic nie odpowiedziała, tylko ruszyła przed siebie. Ja wzięłam psa na ręce i schodziłam w dół za przyjaciółką. Żeby być jeszcze pewniejsza, szłam tylko i wyłącznie jej śladami... śladami stóp.
- Słuchaj, zaraz coś się stanie, czuję to! - Dałam jej znać, że nadal mam poważne wątpliwości co do naszej wyprawy.
- Oj tam, dramaty... - Nie zdążyła dokończyć, noga jej bowiem znalazła się w jakimś błocie.
- A nie mówiłam?! - Krzyknęłam przestraszona i jednocześnie usatysfakcjonowana.
- Niech Ci będzie... wracajmy... ale teraz Ty idziesz pierwsza!
- Ok, ok :D
***
Udało nam się bezpiecznie wrócić na dróżkę prowadzącą do co niektórych garaży. Oczywiście nie obyło się bez krótkiej rozmowy.
- Słuchaj... poczekaj tu ze Sparkim, a ja wytrzepię nogę z tego błota. Czemu mi nie powiedziałaś, że tam jest błoto?! - Krzyknęła Emily.
- Mil... przecież Ci mówiłam, że jeszcze gdzieś wpadniemy! I... co Ty właściwie robisz?!
- Po pierwsze, nie mówiłaś, że w błoto! A po drugie, wycieram śniegiem buty z tego błota, żeby mama nie zauważyła. Dobrze wiesz, jak to jest, gdy mama na Ciebie wrzeszczy z powodu jakichś butów.
Tu miała racje. Jak dobrze wiadomo, moja mama potrafiła się uczepić dosłownie wszystkiego. I właśnie to wykorzystała Emily.
- Po pierwsze, ehhh -,-'. A po drugie, co to za idiotyczny pomysł, żeby wycierać buty w śnieg?! - Tym razem postanowiłam wykorzystać to, że moja przyjaciółka ponumerowała wszystkie wydarzenia. Ja chciałam ją tylko przedrzeźnić, gestykulując, aby nasza rozmowa była ciekawsza. Tak po prostu.
- Koleżanka w Holandii pokazała mi coś takiego.
- Jasneee... w Holandii... bo w Polsce nie ma już nie normalnych ludzi...
Lecz Emily nic mi nie odpowiedziała. Zajęła się wcieraniem śniegu w buty. Po około 10 minutach Mil postanowiła się do mnie odezwać.
- Nie widać już nic, co nie? - Zapytała się mnie dumna jak widać Emily.
- Nie, oprócz tego, że cały Twój but jest mokry... wszystko w porządku!
- No to idziemy do Ciebie, żeby moje buty się wysuszyły.
I tak naszą drogę spędziłyśmy na rozmawianiu. Rozmawiałyśmy o dosłownie wszystkim, nawet, że nasza wyprawa do mnie trwała około 5-10 minut.
Gdy weszłyśmy do mnie, poszłam poszukać jakiejś szmaty, żeby wytrzeć nogi Sparklesa. Potem musiałyśmy się zająć wysuszeniem (a raczej wyczyszczeniem) butów Emily.
- Masz jakąś skarpetę z dziurami..? Twoją, może taty...
- Mam, a po co Ci?
- Noo żeby wyczyścić buta.
Hahahaha... skarpetą wyczyścić buta... ale Emily mówiła chyba na poważnie, jej mina bowiem wyglądała poważnie, i groźnie jednocześnie.
- Taaa, jakaś skarpeta taty się znajdzie... zdejmij buty, a ja pójdę do szafy coś znaleźć.
Podeszłam do szafy, rozsunęłam ją i otworzyłam pierwszą szufladę. Na szczęście tam były same skarpety taty (obyło się bez widoku jego majtek) i wyjęłam pierwszą lepszą parę. Potem starannie wszystko zasunęłam i poszłam do łazienki, gdzie już na mnie czekała Emily z butem w mojej wannie.
- Hahaha... myślałam, że żartujesz...
- Nie, a co Ty myślałaś? - Mil zrobiła swoje słynne duże oczy, wyrwała mi skarpetę z rąk i zaczęła szybko i energicznie wycierać swoje buty. Po chwili but był czysty, nie to co skarpeta mojego taty. Popatrzyłam na nią, i się roześmiałam. Potem Emily wzięła tą skarpetę, włączyła kran od umywalki i zaczęła napełniać skarpetę zimną wodą. Wydawało to mi się śmieszne.
- Zawsze chciałam to zrobić!
- Co, pozbawić skarpetę życia?
- Hmm... teraz jest chociaż czystsza!
No, musiałam się z nią zgodzić. Czystsza była.
Potem przeszłyśmy do mojego pokoju, wzięłyśmy komórki, i zaczęłyśmy grać. Czas wtedy musiał szybko minąć, bo zanim się zorientowałyśmy, mama Emily zadzwoniła do niej, dając jej znać, że już czas się zbierać.
- Oooo... już musisz wychodzić? :c
- No, niestety. Odprowadzisz mnie? Miałam Ci jeszcze opowiedzieć mój sen...
- Dobra, tylko się ubierzmy, i idziemy.
I tak zleciała mi połowa dnia. Po drodze opowiedziała mi swój sen, zresztą tak, jak mi obiecała. A ten sen był mniej więcej o taki:
Ja i Emily wraz ze Sparklesem na rękach szłyśmy przez kanał. Nagle po drodze spostrzegłyśmy oborę. Ja (jak to ja) nie chciałam tam wchodzić, ale Emily mnie namówiła. Otwieramy drzwi obory i doznajemy prawdziwego szoku. Na jakichś beczkach siedzieli Martin, który patrzył się ciągle na nas, Katie całująca się z Simonem i Vera całująca się z Dominiciem. Nagle odzywa się Sparkuś i mówi: A co tutaj się dzieje?! A na to odpowiada Katie: Emm... całujemy się? I nagle, ni stąd ni zowąd wychodzi jakiś prezenter "Dzień Dobry TVN" (w duchu modliłam się, żeby to był Marcin Prokop) i powiedział: Witamy w naszym porannym programie!
I na tym sen się skończył...
***
O jakiejś 20 ja z mamą siedziałyśmy w salonie i oglądałyśmy zdjęcia. Miło było przypomnieć sobie swój własny chrzest... wszystkich gości... mama opowiadała mi przy tym o wszystkich z naszej rodziny. Wszystkich z jej rodziny, a nie mojego taty. 
- Mamo, a kto to jest? Nigdy jej nie widziałam... hahahhaha...
Właśnie zobaczyłam najśmieszniejsze zdjęcie mojego taty EVER. I przez to cały czas się śmiałam :D
- Córeczko... to jest córka mojej matki chrzestnej, czyli Twojej cioci. 
- Czyli to jest moja siostra cioteczna? I co, widziałam ją jak całą resztę rodziny na cmentarzu? Hahahahahah...
- Nie, nie żartuj sobie. Ty jej nigdy nie widziałaś.
- A dlaczego, nie chodzi na cmentarz na Wszystkich Świętych? :D
Wtedy wydawało to mi się strasznie śmieszne...
- Charlie, już Ci coś mówiłam. Ona... ona nie żyje. Zmarła, gdy jeszcze Ciebie nie było na świecie. Miała na imię Margaret, zginęła w bardzo poważnym wypadku. - Z każdym kolejnym jej słowem dobra mina schodziła i mi, i mamie. - To było może jakieś 3 lata przed Twoimi narodzinami... normalnie jechała samochodem ze swoim mężem i dziećmi. Nagle samochód wpadł w poślizg i się zapalił. Mąż od razu zginął na miejscu. W samochodzie zostali tylko Margaret i dzieci. Ona resztkami sił wyjęła dzieci z samochodu i usadziła na asfalcie, a potem sama padła na jezdnię i zmarła...
I w tym momencie się rozkleiłam. Parę łez poleciało mi z oczu, na szczęście mama tego nie zauważyła. Nie nawidzę, gdy widzi mój płacz. Czuję się wtedy okropnie, nie wiem, dlaczego...
- No, a teraz ogladamy zdjęcia? - Mama się mnie zapytała nadzwyczaj uśmiechnięta.
- Ta-ak. - To tyle, co udało mi się z siebie wydusić...
---------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------
Okej... widzicie, że ten blog będzie pisany w formie... hmm... pamiętnika? Nie oczekuję, że będziecie go wielbić, czy co... to ma mi tylko pomóc w lepszym pisaniu (w sensie podnieść oceny z polaka z piątek i szóstek na same szóstki) i pomóc mi wytrzymać psychicznie. Dlaczego? Sami się dowiecie :D
To ten... dzisiaj jeszcze napiszę wczorajszy dzień (to, to jest czwartek), ale czy go opublikuję..? Nie wiem :D 
P.S. To nie musi być opowieść z mojego życia, nie myślcie tak więc :)

piątek, 7 lutego 2014

Prolog...

8 LAT WCZEŚNIEJ...

Mama małej Charlie czekała na swoją córeczkę pod łazienką. 
- Mamo! Już się umyłam! - Głos Charlie dobiegł zza drzwi łazienki.
- Już idę kochanie! - Odpowiedziała zadowolona mama.
Weszła do łazienki. Z wanny wydobywała się para - mała brała rozgrzewającą kąpiel. 
- Mamusiu! Pomóż mi się stąd wydostać! 
- Poczekaj... jeszcze spadniesz, kochanie. - Powiedziała z uśmiechem na ustach mama, która właśnie wyciągała swoją córeczkę z wanny. Następnie zaczęła ją wycierać, podczas gdy Charlie opowiadała jej, co się działo dzisiaj w przedszkolu. 
- Mamusiu! Wiesz co..? Dzisiaj mówiliśmy o rodzinie! I pani powiedziała, że mamy przynieść jakieś ciekawe informacje o rodzicach! Dosłownie wszystko! Powiesz mi coś..? - zaśmiała się mała.
I wtedy mama ucichła. Zaprzestała wycierać córeczkę. I uśmiech znikł z jej twarzy. Stwierdziła, że jest to odpowiedni moment...
- Córeczko... - powiedziała łamiącym się głosem mama. Czuła, że ma jakąś gulę w gardle... - wiesz... wiesz, to nie ja Cię urodziłam... - Teraz łzy wylewały się z oczu matki strumieniami. - Ale pamiętaj, że Ty jesteś najważniejszą osobą w moim życiu. Moim, i taty. I Ty jesteś naszą córeczką. Zawsze nią będziesz! - Zatrzymała się, a potem głęboko odetchnęła i kontynuowała. - Chodź! Ubierzemy się w piżamkę i pójdziemy opowiedzieć Ci o naszej rodzinie!
Mała, jako że była mała (w końcu miała tylko cztery latka), nie zrozumiała tego, co jej mamusia powiedziała, ale te słowa pozostały w jej głowie do końca życia...